W związku z projektem ustawy o ujednoliceniu ceny książki – w mediach zawrzało. Pojawiły się artykuły mówiące o zakazie promocji książek, o komunistycznej ustawie itp. Wiele emocji budzi ten temat, a rzetelnych informacji… brakuje. 

promocja ksiazki.

Przede wszystkim – w projekcie jest mowa o UJEDNOLICENIU ceny książki, a nie o zakazie promocji. A to kolosalna różnica. Promocja wg mojej wiedzy, jest INFORMOWANIEM o produkcie. Gdy czytam artykuł, w którym jest mowa o całkowitym ZAKAZIE promocji… to zadaję sobie pytanie: czy ja nie mogę powiadomić swoich czytelników o tym, że wydałam kolejną wartościową książkę? Absolutnie nie! Informacje o rzekomym zakazie promocji są nadinterpretacją. Projekt ustawy mówi o ujednoliceniu ceny. Nie o zakazie promocji.

Ten projekt powstał już kilka lat temu. Pamiętam, że dyskutowaliśmy o nim bodajże już w 2013 roku. I mało kto wie – wiele krajów ma wprowadzone takie rozwiązanie od dziesiątek lat, np. Francja, Belgia, Niemcy, Włochy, Hiszpania i inne (źródło: Wikipedia).

Dlaczego książka to specyficzny „produkt”? 

książkiKsiążka jest produktem tanim (porównywalnym do ceny kremu czy proszku do prania). A jednocześnie krem czy proszek – są produktami szybkozbywalnymi, a książka – nie. Oznacza to, że kremy czy proszki nam się skończą i kupimy nowe. Natomiast z książką jest wręcz odwrotnie – po przeczytaniu możemy ją pożyczyć/odsprzedać innym. Tak naprawdę kupując książkę raz – może z niej skorzystać nieskończona ilość osób… Czego nie da się zrobić z kosmetykami, czy innymi produktami zużywającymi się.

A jednocześnie, aby o książce dowiedzieli się potencjalni czytelnicy – trzeba ponieść określone koszty reklamy. Czas reklamowy w radiu, telewizji, czy strona reklamy w gazecie – kosztuje tyle samo wydawcę co i producenta samochodów. A ceny produktu – czyli książki i samochodu – nie można w żaden sposób ze sobą porównać!

Jak to wygląda obecnie? 

Pojawia się nowa książka na rynku. Przez pierwsze tygodnie w dużych księgarniach są na nią rabaty rzędu około 30%. Autora i wydawcę boli serce, bo… tylko oni wiedzą jak dużo czasu poświęcili na to, by powstała książka. Jak wiele kosztów ponieśli…

książki, firmamentoAutorzy, którzy ze mną wydali swoje książki wiedzą jakie są koszty jej wydania i chcą jak najszybszego zwrotu z inwestycji. Nie dość, że wynagrodzenie za sprzedaż w dużych księgarniach i sieciach księgarskich zaczyna spływać do autora po pół roku (sic!) to jeszcze wartość jego książki, jego pracy jest obniżana przez drakońskie rabaty na książki w pierwszym okresie ich istnienia na rynku.

 

Jednolita cena 

Wg autorów projektu ustawy chodzi o to, by nowe książki miały w każdym sklepie taką samą cenę. Oznacza to, że wydawca podaje na okładce książki jej cenę. I przez pierwszy okres sprzedaży (np. przez pół roku) ta cena obowiązuje we wszystkich sklepach. Możliwe są drobne rabaty w granicach 5%, ale nie więcej.

Czy ujednolicona cena książki znormalizuje rynek wydawniczy? 

Na naszym rynku wydawniczym funkcjonuje model:

Autor -> Wydawca -> Dystrybutor (hurtownia) -> Księgarnia -> Czytelnik

  • Autor „sprzedaje” swoją książkę Wydawcy za średnio 10-15% prowizji.
  • Wydawca „sprzedaje”, a tak naprawdę daje w komis Dystrybutorowi wydane książki z rabatem 50-60%.
  • Wydawcy zostaje 20-30% ceny książki
  • Duża księgarnia kupuje od Dystrybutora książki z 40-50% rabatem i sprzedaje książki czytelnikowi z rabatem 30%
  • Mała księgarnia kupuje książki z rabatem 20-30% i musi sprzedawać ją w cenie nadrukowanej na okładce, aby w ogóle miała jakikolwiek zysk…

Czyli, licząc prosto, średnio i obrazowo – książka ma nadrukowaną cenę 40 zł.

  • Autor ma z tego: 4-8 zł
  • Wydawca ma z tego: 8-12 zł (i przyjmuję, że pokrył koszty związane z wydaniem książki, rzędu kilkunastu tysięcy zł)
  • Dystrybutor i księgarnie mają w sumie: 8-16 zł
  • Czytelnik kupuje książkę w dużej księgarni z rabatem za 30-32 zł, a w małej księgarni za 40 zł

Ujednolicenie cen teoretycznie powinno spowodować:

  • Autor ma: 8 zł
  • Wydawca ma: 12 zł
  • Dystrybutor i księgarnie mają: 12 zł
  • Czytelnik w każdej księgarni może kupić książkę za 30 zł lub pozostaje około 30% z dotychczasowych rabatów do rozdysponowania

.

Idealnie, gdyby dzięki tej ustawie:

  • wzrosły prowizje dla autorów o 10%
  • wzrósł zysk wydawnictwa o 10%
  • pojawiło się miejsce dla agenta literackiego, który reprezentowałby interesy autora i oczekiwania czytelnika…

To wydaje się możliwe. Obawiam się tylko, że jedynie w teorii.

Ceny pozostaną takie same, a czytelnicy będą mieć książki w cenach takich jak wydrukowane na okładce. U kogo zostanie nadwyżka?

Sama ustawa o cenie książki tego nie zmieni. Wydawcy musieliby szybko wymóc na dystrybutorach zmianę rabatów. I upłynęłoby trochę czasu, zanim w efekcie końcowym – czytelnik otrzymałby tańszą książkę…

Pytania na koniec… 

Zastanawiam się, czy ta ustawa wpłynie w jakiś sposób na jakość książek? Czy dzięki temu, więcej wartościowych tytułów zostanie zauważonych? Czy to najlepszy sposób „ratowania” rynku książek? Czy będzie to miało wpływ na czytelnictwo? Czy dzięki temu skorzystają autorzy?

A co z ebookami i audiobookami? Wg ustaw podatkowych książki elektroniczne czy audio – nie są książkami, tylko „produktami elektronicznymi”, bo na książki jest Vat 5%, a na ebooki i audiobooki 23%. Skoro cena książek zostanie ujednolicona – to pytam: co stanie się z ebookami i audiobookami? Czy ustawa obejmie też te formaty „książek”?

Co o tym myślisz? Zostaw swój komentarz.